Szukaj

Wystawa Ewy Goral „Odpowiedzialność kwiatów” nie jest jedynie estetyczną kontemplacją cudnie przedstawionych malarsko form botanicznych. To stanowczy protest wobec degradacji i dewaluacji znaczenia roślin. Wybór prac artystki stanowi oś jej cyklu „Nasiona”, powstałego w wyniku dramatycznych doniesień z frontu wojny na Ukrainie. W maju 2022 roku rosyjskie wojska zbombardowały i doszczętnie zniszczyły Narodowe Centrum Roślinnych Zasobów Genowych Ukrainy w Charkowie. Był to jedyny taki bank w kraju i jeden z dziesięciu największych na świecie, zawierający bezcenne próbki ponad 160 tysięcy odmian roślin. Ogromna strata bezsensownej zbrodni znajduje odbicie w serii prac, które artystka poświęca głębokiej refleksji nad cywilizacyjnym znaczeniem miejsc takich jak banki nasion na świecie. Ewa Goral swą sztuką wzywa do porzucenia antropocentrycznej pychy i dostrzeżenia, że nasz los jest nierozerwalnie spleciony z losem każdego płatka, każdego pyłku i każdego najmniejszego rozkwitu na tej planecie.

Patronką wystawy artystki jest Emily Dickinson, której słowa pobrzmiewają w tytule „Odpowiedzialność kwiatów”, nawiązującego do jej pięknego wiersza wydanego w 1865 roku. Synteza jego przesłania do dwóch słów, staje się nie tylko wieloznacznym polem interpretacji dzieł Goral, ale także pomostem pomiędzy artystkami. Łączy je niezwykle wiele. Mimo, że Ewa Goral reprezentuje współczesne pokolenie polskiej sztuki najnowszej, a swą wypowiedzią nakreśla głęboko refleksyjny aspekt relacji człowiek-natura w XXI wieku, przejmuje też aspekt metafizyczny i filozoficzny przyrody, jako źródła głębokiej inspiracji. Podobna cecha stanowi znak rozpoznawczy poetki, transcendentnej eksperymentatorki i prekursorki modernizmu. Postacie malarki i poetki łączy pasja i czułość wobec cudów przyrody. Kwiaty były dla Emily Dickinson największą życiową pasją i głównym symbolem w poezji. Zanim została poetką, stworzyła wielki zielnik z ponad 400 roślin. W jej twórczości kwiaty odzwierciedlają cykl życia, kruchość istnienia oraz piękno natury, ucząc nas wdzięczności i pokory. Postrzegała świat przyrody jako piękną księgę wierszy. Dickinson wypełniała swoje prywatne dzienniki zasuszonymi roślinami i wiele pisała o ogrodach, pszczołach oraz kwiatach jako symbolach życia, wiary i ludzkich emocji. Używała roślin jak szyfru. Tworzyła całe wiersze o konkretnych gatunkach, takich jak żonkile czy koniczyna, w których opisywała ludzkie emocje, przemijanie i tęsknotę. Wiersze te pokazują, że natura jest w stanie sama się odnawiać i nigdy nie odrzuca swojej przeszłości, a jedynie pnie się do przodu.

Napisała:

„To be a Flower, is profound Responsibility —”

(„Być kwiatem, to głęboka odpowiedzialność…”, wiersz 1058, Emily Dickinson, 1865 r.)

Na poziomie dosłownym wiersz ten ukazuje kwiat w niecodziennym świetle. Zazwyczaj postrzegamy go jako „świetliste zjawisko” – byt równie ulotny jak lot motyla o zmierzchu. Poetka ukazuje, że umyka nam jednak fakt, że jego rozkwit jest wynikiem wielu drobnych okoliczności opisanych w strofach wiersza. Są to okoliczności niezbędne, by kwiat mógł wywiązać się ze swojej powinności i nie zawieść Wielkiej Natury. Z kolei na poziomie symbolicznym – jak zauważa badaczka twórczości Dickinson, Judith Farr – Emily może sugerować, że za każdym innym „świetlistym zjawiskiem”, takim jak osiągnięcie artystyczne czy relacja międzyludzka, kryje się historia żmudnych starań, często niedostrzeganych, gdy patrzymy na gotowy efekt. Pod względem strukturalnym esencją wiersza są dwa krótkie zdania: „Rozkwit jest wynikiem” (wers 1) oraz „Bycie kwiatem to głęboka odpowiedzialność” (wersy 15-16), które stanowią klamrę dla utworu. Wskazuje czytelnikowi czytelnikowi, aby szanował proces i subtelną materię. Kryje się w niej bowiem nie tylko poetycka metafora, ale także potęga biosfery od której kondycji wszyscy jesteśmy zależni.

Traktujemy przyrodę jak tło dla własnego istnienia, zapominając, że jest ona nadrzędnym makroświatem – jedyną przestrzenią, z którą jesteśmy egzystencjalnie i duchowo spleceni. Wystawa Ewy Goral „Odpowiedzialność kwiatów” to opowieść o odwróconych hierarchiach, w których to, co najdelikatniejsze, dźwiga na swoich barkach ciężar całego ziemskiego życia.

Ludzki byt opiera się w całości na zasobach królestwa roślin, a jednak bezrefleksyjnie redukujemy jego potencjał do czystej dekoracyjności. Szczególnie jaskrawym przejawem tej postawy jest nasz stosunek do kwiatów. W potocznym rozumieniu kwiat stał się synonimem zbytecznej i ulotnej fanaberii, estetycznym dodatkiem kojarzonym z kobiecą emocjonalnością i kruchą, zmienną naturą. To jednak głębokie nieporozumienie i przejaw poznawczej ślepoty.

Efemeryczna, eteryczna i poetycka egzystencja kwiatu nie jest bowiem kaprysem, lecz kluczowym, niezwykle dynamicznym etapem życia rośliny. To moment manifestacji najwyższej płodności i ekspansywnej siły. Kwiat wabi zapylacze, uwodzi zapachami i barwą, by z pyłku – uniesionego podmuchem wiatru lub na skrzydłach owada – stać się częścią monumentalnego procesu odradzania. Gdyby nie kwiat, nie byłoby plonu. Gdyby nie kwiat, nie byłoby owocu. Bez kwiatu – w najdosłowniejszym sensie – nie byłoby niczego. To właśnie te kruche kielichy barwnych płatków dźwigają masywny ciężar odpowiedzialności za kontynuację biosfery. Dotyczy to w równym stopniu poetyckich, podziwianych wiosną kwiatów jabłoni, jak i mikroskopijnych, niemal niewidocznych dla oka procesów. Ich przykładem jest fenomen okrzemek. Te jednokomórkowe glony odpowiadają za produkcję aż 25% tlenu na naszej planecie. Ich okresowe zakwitanie jest momentem krytycznym, spektakularną manifestacją ich życiodajnej roli. Gdy jednak ten etap dobiega końca, miliardy okrzemek opadają na dno akwenów, stając się pożywką dla bakterii. W procesie ich rozkładu dochodzi do masowego zużycia tlenu – gdy nagle ginie tak ogromna część populacji, zbiornikowi grozi gwałtowny deficyt tlenowy, przynoszący śmierć innym organizmom. Mamy jako ludzkość na to znaczący wpływ, odciskając swój ślad na ekosystemie oceanów, mórz, jezior. To dramatyczne tętno natury pokazuje, jak krucha jest granica między życiem a biologiczną katastrofą.

Nasza współczesna troska o przyrodę bywa jednak skrajnie egoistyczna i krótkowzroczna. Coraz głośniej mówimy o ochronie lasów pierwotnych, ponieważ jako gatunek zaczynamy odczuwać paraliżujący strach przed własnym wyginięciem. Jednocześnie ta sama ludzkość, w imię geopolitycznych i militarnych konfliktów, bezpowrotnie niszczy to, co miało być jej polisą ubezpieczeniową na przyszłość.

W ostatnich latach świat obiegły tragiczne doniesienia o zbombardowanych i splądrowanych w wyniku wojen bankach nasion. Te unikalne archiwa bioróżnorodności, budowane przez pokolenia naukowców, stanowiły zaplecze ratunkowe na wypadek globalnych klęsk klimatycznych i innych katastrof. Były nie tylko bezcennym arsenałem dzikiego świata przyrody, ale przede wszystkim ostatnim kołem ratunkowym dla nas samych – depozytem nasion roślin rolnych i innych gatunków kluczowych dla przetrwania agrokultury.

Zniszczenie tych placówek to cywilizacyjna katastrofa o niewyobrażalnej skali. Wraz z fizycznym unicestwieniem zamkniętych w probówkach i chłodniach nasion utraciliśmy bezpowrotnie genetyczne dziedzictwo tysięcy gatunków i odmian roślin, które mogły okazać się jedyną szansą na wyżywienie ludzkości w dobie nadchodzącego kryzysu. To uderzenie w sedno naszej przyszłości – brutalny dowód na to, jak łatwo w ogniu wojennych konfliktów obracamy w popiół perspektywę szansy na ocalenie.

W tym samym czasie, z dala od linii frontu, niszczymy ekosystemy pod masowe, monokulturowe uprawy gatunków roślin, które akurat cieszą się rynkowym popytem. Dla zaspokojenia chwilowych mód żywieniowych i estetycznych dostosowujemy gigantyczne połacie Ziemi, marnując bezcenne zasoby wody pitnej. Symbolem tego ekologicznego drenażu stała się globalna moda na awokado. Za luksus łatwego dostępu do tego owocu dżungle Ameryki Południowej zapłaciły bezpowrotnym zniknięciem całych ekosystemów. Masowe uprawy doprowadziły do trwałego wyjałowienia gleby i wyschnięcia lokalnych źródeł wody pitnej. Na tych terenach zanika życie w ogóle – nie tylko ludzkie, ale i zwierzęce czy roślinne.

Wszystko to przeliczamy na doraźny zysk ekonomiczny, cenę produktu w eksporcie i rzekomo bilansujemy dyskusjami o śladzie węglowym transportu czy świadomym żywieniu w oparciu o lokalne plony. Wiemy, jak zbawienny wpływ na otaczający nas ekosystem ma powrót do naturalnego porządku rzeczy. Mimo to, chciwość i iluzoryczny luksus posiadania egzotyki na wyciągnięcie ręki wciąż wygrywają z faktami i elementarnym rozsądkiem. To myślenie przekłada się na wszystkie przestrzenie aktywności ludzkiej, gdzie to co kruche stając się cennym – automatycznie ulega eksploatacji. A nawet strategicznej, głupiej i nieodwracalnej destrukcji. Ewa Goral stawia nas przed faktem braku sensu tych działań. Odpowiedzialność za kwiaty jest w naszych rękach. Niech objawia się ona większą świadomością i szacunkiem wobec tego co w ludzkiej działalności nieodwracalne. Póki jeszcze mamy szansę otoczyć opieką „misternie utkane dzieło”, możemy „Nie zawieść wielkiej Natury, która tego dnia nań czeka”.

Wielka odpowiedzialność kwiatów i jeszcze większa człowieka.

Dagmara Giej-Rusnak, kuratorka wystawy

Przejdź do treści